29 paź 2015

Top 10 utworów z przemijaniem i melancholią w tle



To miała być próba rankingu utworów, które niegdyś mną pozytywnie wstrząsnęły a nawet zmieniły. Ale patrząc po kolejnych miejscach, zauważyłem, że sporo w nich melancholii, przemijania i smutku. Widocznie, takie kawałki wstrząsają najlepiej. Miały być wielkie utwory i są, ale są też te nieco mniejsze, kameralne. To tyle, na dobry początek.


Photo credit: pic fix / Foter.com / CC BY-NC-ND

Child In Time – Deep Purple



T
ym razem nie  „Smoke on the water” ze słynnym riffem czy choćby dudniące „Black night”. Notabene, utwory ikoniczne i bezsprzeczne hity. „Dziecko w czasie” to utwór długi, ze zmiennym tempem, wyśpiewany zawodzącym głosem Iana Gilliana, przechodzącym w krzyk. Jak słuchałem go pierwszy raz i kolejny miałem ciarki na plecach. Kawał muzyki, który się rozpędza, aby jak czołg przetoczyć się po każdej przeszkodzie. 
„Sweet child in time, you'll see the line
Line that's drawn between good and bad
See the blind man shooting at the world
Bullets flying, ooh taking toll
If you've been bad - Oh Lord I bet you have
And you've not been hit oh by flying lead
You'd better close your eyes, aahaouho bow your head
Wait for the ricochet”


To nie jest oficjalny teledysk, ale ma odpowiedni klimat

Oto cały tekst – linia narysowana między dobrem i złem, ślepiec strzelający ponad światem a ty dziecko, jeśli będziesz złe (a myślę, że tak), skłoń głowę i czekaj na rykoszet. Umoralniający do szpiku kości. Zatem skłoń głowę, otwórz uszy i czekaj, aż „Dziecko w czasie” trafi cię rykoszetem.


Dance me to the end of love – Leonard Cohen


Cohen to artysta dla dojrzałych facetów. Najlepiej pasuje nieco smutnym wrażliwcom, którym nie wyszło z kobietami i wspominają sobie przy szklaneczce dobrego alkoholu, jak to drzewiej bywało.
Mam słabość do tej piosenki, a jak przetłumaczył tytuł Maciej Zembaty, „Tańcz mnie po miłości kres” – byłby to ostatni taniec, bo do takiej piosenki tańczy się tylko raz. 


Istnieją dwie wersje teledysku – jedna wzruszająca ze starymi małżeństwami i druga, czarno –biała, z młodą dziewczyną i autorem piosenki - młodość i starość.
„Dance me to your beauty
with a burning violin
Dance me through the panic
'til I'm gathered safely in
Lift me like an olive branch
and be my homeward dove



Oh let me see your beauty
when the witnesses are gone
Let me feel you moving
like they do in Babylon
Show me slowly what I only
know the limits of
Dance me to the end of love
Dance me to the end of love"
Tekst piosenki jest bardzo liryczny, metaforyczny, przez co można go rozumieć wieloznacznie. Tym samym tłumacz musi się wykazać znajomością poezji Cohena (piosenkę tłumaczył m.in. Maciej Zembaty, Wojciech Mann czy Alina Braun). Która wersja najlepsza? Każda ma nieco odmienny rytm, rym i znaczenie. 
Utwór bardzo sentymentalny, ale w wyważonych proporcjach, którą zapewniają zawodzące skrzypce i zachrypnięty w wersjach koncertowych głos Cohena. Tu wszystkie płynie i przemija, aż po miłości kres.

High Hopes – Pink Floyd


Utwór z jakoś niezbyt cenionej (nie wiem czemu) płyty „Division Bell”, który stanowi pewną kwintesencję stylu grupy. 
Mam także słabość do „Wish you were here”, szczególnie gdy patrzę na ostatnie kadry niezależnego filmu „Motór”, którego twórcy poprosili zespół o zgodę na wykorzystanie utworu, a ci, pomimo, że nie mają takiego zwyczaju, zgody udzielili bezpłatnie.  
„High hopes” to kawałek podniosły (może ciut mniej, niż „Child In time”), jakich dziś już się nie nagrywa. Patos (w dobrym tego słowa znaczeniu) i ważkie słowa tekstu nie są już w modzie. Nie rozrywam jednak szat, bo każda epoka ma swoje dzieła.

„Beyond the horizon of the place we lived when we were young
In a world of magnets and miracles
Our thoughts strayed constantly and without boundary
The ringing of the division bell had begun
The grass was greener
The light was brighter
With friends surrounded
The nights of wonder”

Kościelne dzwony, fortepian i człowiek przed horyzontem a potem jest już tylko bardziej „epicko”. Teledysk, który opowiada nie gorzej niż słowa a może nawet lepiej, bo słowa się wycierają w codziennym użytku a wykreowane obrazy są jednorazowe.
I znowu o przemijaniu i o tym, że świat był kiedyś lepszy, magiczny a trawy były zieleńsze a światło jaśniejsze. A nie były?

Time waits for no one – The Rolling Stones


Nie jestem jakimś wielkim fanem Stones’ów, ale mają co najmniej kilka dobrych kawałków. No bo wiadomo – Angie, Satisfaction czy Anybody seen by baby? a do tego grona śmiało dodaje utwór jakby mniej znany, niekanoniczny – Time waits for no one. 


Melodia wpadająca w ucho „z pewną taką dozą” emblematycznej niedbałości, jak i sam wokal. W tym stylu lubię też „This place is empty” śpiewane przez Richardsa na płycie „A Bigger Bang”.
„Yes, star crossed in pleasure, the stream flows on by
Yes, as we're sated in leisure, we watch it fly

Time can tear down a building or destroy a woman's face
Hours are like diamonds, don't let them waste

Men, they build towers to their passing yes, to their fame everlasting
Here he comes chopping and reaping, hear him laugh at their cheating”
„Time waits for no one” poznałem stosunkowo późno, gdyż już dawno byłem obeznany z wszystkimi ich hitami. Usłyszałem go, bo był nagrany na dysku twardym przez poprzedniego holenderskiego właściciela auta. No tak to wyszło.
No i znowu nie jest za wesoło – czas może obalić budynek, zniszczyć kobiecie twarz a godziny są jak diamenty, więc nie marnuj ich. Carpie diem – oni akurat dobrze wiedzieli, jak łapać dni i wyciskać je do ostatniej kropli przyjemności.

Hotel California - Eagles


Utwór nieśmiertelny, ikoniczny, melodia prosta acz chwytająca. Na hasło – Eagles – każdy odpowie Hotel California. Nie ma innej możliwości. Wydawałoby się na pierwszy rzut ucha, że to jakiś naiwny kawałek o przemijaniu, że życie ucieka i w ogóle. Southernowe zagrywki i takiż sam wokal, no i solówka. Jednak jeśli przyjrzeć się tekstowi:
„Her mind is Tiffany-twisted She got the Mercedes Bends
She got a lot of pretty,pretty boys she calls friends
How they dance in the courtyard Sweet summer sweat
Some dance to remember Some dance to forget

So I called up the Captain "Please bring me my wine"
He said "We haven't had that spirit here since nineteen sixty-nine"
And still those voices are calling from far away
Wake you up in the middle of the night Just to hear them say
Welcome to the Hotel California
Such a lovely place (Such a lovely place) Such a lovely face
They livin' it up at the Hotel California
What a nice surprise (What a nice surprise)
Bring your alibis”
Czym jest Hotel California, do którego prowadzi pustynna autostrada? Wystarczy fragment tekstu, aby się przekonać, że sporo tu niejasności, metafor, własnych doświadczeń. Miejsce dla tych, którym się nie udało, ale ciągle wierzą w swoje przygotowane alibi? 


„Hotel California” to evergreen, który się słucha rzadko, ale zawsze z przyjemnością, choć nie jestem z tego pokolenia, które się tym utworem zachwycało, gdy był świeży a Orły latały wysoko.

Epitaph – King Crimson


„In the Court of Crimson King” to płyta wydana tuż po „Lecie miłości” 1969 roku. Apogeum kultury hipisowskiej i początek schyłku. Taki też „schyłkowy” i mroczny jest ten debiut, o którym można śmiało powiedzieć, że „wyrywa z butów”.
W epitafium sporo jest patosu, metafor, troski o człowieczy los, ale wszystko świetnie współgra:
„The wall on which the prophets wrote
Is cracking at the seams.
Upon the instruments of death
The sunlight brightly gleams.
When every man is torn apart
With nightmares and with dreams,
Will no one lay the laurel wreath
When silence drowns the screams.

Confusion will be my epitaph.
As I crawl a cracked and broken path
If we make it we can all sit back and laugh.
But I fear tomorrow I'll be crying.
Yes I fear tomorrow I'll be crying.
Yes I fear tomorrow I'll be crying”
Prorocy, śmierć, światło słoneczne, rozdarci ludzie, sny i koszmary. Jak usłyszałem to pierwszy raz miałem ciarki, choć niemal kompletnie nic nie rozumiałem. To były jeszcze czasy, gdy tekst (z pewnością w przypadku rocka progresywnego) był tam samo istotny (a czasem nawet bardziej) niż sama muzyka.
No i cóż, Chaos – Dezorientacja – Pomyłka będzie moim epitafium, bo jak w przypadku poezji trzeba pogłówkować, co autor miał na myśli. Melancholii jest tu pod dostatkiem, zatem nie słuchać, gdy ciemno, gdy deszcz i mało witamin. Słuchać, gdy ma się chęć na „coś więcej”.

Wuthering heights – Kate Bush


Kolejny utwór – kamień milowy, bo jak się tu nie zakochać od pierwszego wejrzenia i usłyszenia? Nie czytałem „Wichrowych wzgórz” Jane Bronte, ale miłość Cathy i Heatcliffa została mi w tej piosence wyłożona bez zarzutu.


„Out on the wiley, windy moors
We'd roll and fall in green
You had a temper, like my jealousy
Too hot, too greedy
How could you leave me
When I needed to possess you
I hated you, I loved you too

Bad dreams in the night
You told me I was going to lose the fight
Leave behind my wuthering, wuthering
Wuthering Heights”

„Płonące wzgórza” doczekały się dwóch teledysków – pierwsza studyjna z efektami specjalnymi charakteryzującymi lata 70. I druga w plenerze – Kate tańczy w czerwonej sukience na łące, z drzewami za plecami. Tańczy to jednak mało powiedziane, ona tańcem wykonuje tą piosenkę, aż człowiek wierzy w każde słowo, gest i ruch. Pomyśleć, że ten teledysk jest niemal moim równolatkiem…

W „Wuthering heights” jest smutek, żal i jakaś nadzieja dla tej miłości niespełnionej.  To się nazywa debiut z przytupem.

A może jeszcze więcej lasu i takiej (kojącej?) muzyki. Jakaż z niej piękna żołnierka.



Be thankful for what’s you Got – Massive Attack


A teraz coś z „zupełnie innej beczki” czyli czasy bardziej współczesne, choć od wydania „Blue lines” minęło już 24 lata…
Kiedyś nie byłem fanem trip –hopu, wydawał mi się nudny, przymulony no i właśnie na tripie. Niemniej, pewnego późnego wieczoru na Viva 2 zobaczyłem ten teledysk… i wszystko w nim grało, było spójne, płynne. 

Naga, nieco podstrzała tancerka w nocnym klubie to było to... No i do dziś jest tu mój ulubiony utwór Massive Attack (choć bardziej preferuje mix Perfecto). Bardziej niż słynny „Teardrop” z wokalem Liz Fraser, nakręcającą „Karmacomę” czy drażniące "Unfinished Sympathy", za którym niespecjalnie przepadam, ale szanuję (polecam za to cover Hooverphonic).
„Though you may not drive a great big cadillac
Gangster whitewalls tv antenna in the back
You may not have a car at all
But just remember brothers and sisters
You can still stand tall
Just be thankful for what you've got
Though you may not drive a great big cadillac
Diamonds in the back, sunroof top, diggin the scene
With the gangster lean
For what you've Got”


No i kolejna „mądrość życiowa”, aby być wdzięcznym za to, co się ma…bo może być gorzej. Nawet jeśli nie masz wielkiego cadillaca to wyluzuj, bo zawsze możesz zarabiać w nocnym klubie z uśmiechem na twarzy. Melodia i wokal, jak na Massive Attack, są dość „optymistyczne”, aby nie powiedzieć, że „wesołe”. Mnie jednak ten utwór nastawia refleksyjnie, najlepiej właśnie jesienią. Płynie.

Santana, Everlast – Put your lights on


Utwór ze słynnej płyty „Supernatural” (mam oryginalną kasetę). Taki trochę w ukryciu za plecami słynnego „Smooth”, "Maria, maria" czy nawet „Corazon espinado”.
Everlast ze swoim twardym, męskim głosem a obok miękka gitara Santany – lubię takie przeciwieństwa, gdy się tak dobrze dopełniają.
„Hey now,all you sinners
Put your lights on
Hey now,all you lovers
Put your lights on 
Put your lights on
Hey now,all you killers
Put your lights on
Put your lights on
 Hey now,all you children
Leave your lights on
You better leave your lights on
'Cause there's a monster
Livin' under my bed
Whisperin' in my ear
And there's an angel
With her hand on my head”


Włączajcie światła – grzesznicy, kochankowie, zabójcy, dzieci, bo pod moim łóżkiem żyją potwory, szepczą mi do ucha i jest anioł z dłonią na mojej głowie – brzmi groźnie i złowieszczo. Zatem, lepiej włączyć te światła i mieć spokój, bo przecież będąc samemu w domu czasem można sobie przypomnieć o tych dziecięcych potworach pod łóżkiem.

Kompozycja na tle wcześniejszych przykładów nie wygląda jakoś wybitnie a i ja dopiero po zachwytach nad innymi utworami z „Supernaturtal” zwróciłem na nią uwagę. No i myślałem, ze Everlast jest starszy, groźniej wygląda i w ogóle a to w sumie był młody facet. Może to i lepiej.

Eden – Hooverphonic


Nie byłbym sobą, gdyby na tej liście nie umieścił wielkiej słabości ostatniego czasu, czyli Hooverphonic. Tym razem nie anielski głos Liesje Sadonius, ale następczyni – Geike. Tekst dość prosty i liryczny, wyśpiewany przez 19- latkę, tak jakby miała już doświadczenia kobiety znacznie starszej. No i teledysk z pomysłem, klimatem, że mucha nie siada i telewizor spada.
„Did you ever think of me
As your best friend?
Did I ever think of you?
I'm not complaining
I never tried to feel
I never tried to feel this vibration
I never tried to reach
I never tried to reach your eden

Did I ever think of you
As my enemy?
Did you ever think of me?
I'm complaining”


Czy pomyślałeś kiedyś o mnie – jak o najlepszym przyjacielu, jak o wrogu. Nigdy nie próbowałam dosięgnąć twojego edenu. Do czasów, aż bliżej zapoznałem się z pierwszą płytą Hooverów, to był ich mój ulubiony utwór. Sarah Brigthman zrobiła cover, ale gdzie mu tam do klimatu oryginału. Jest chłodno, ale nie za zimno, jak to w przypadku rozczarowań miłosnych – jest w sam raz. Cudnie smutno.

Mógłbym jeszcze wymieniać i wyliczać znane i mniej znane, a nawet całkiem mało znane utwory, które pasowałoby do tego „rankingu”. Nie ma też sensu ustawiać je w jakiejś kolejności, bo czasy, gdy ekscytowałem się listami przebojów a nawet cotygodniowo zapisywałem w zeszycie „MTV European Top 20” minęły bezpowrotnie. No, ale jest sentyment. W tym zestawieniu myślałem jeszcze o „Zombie” The Cranberries czy „Dziewczynie o perłowych włosach”, bo są to utwory (ba, przeboje), które mnie kiedyś pozytywnie sponiewierały. No, ale sporo by wymieniać. Lista jest subiektywna a za parę, paręnaście lat może być nieco inna.


8 komentarzy:

  1. Świetny wpis, świetne utwory. Ta lista za paręnaście lat będzie podobna - tego mogę być pewny. To Twoja składanka i bardzo ją szanuję. Ja mogę tylko dopisać na marginesie kilka utworów o przemijaniu przy których zawsze na chwilę przystanę (chyba, że jadę samochodem :). Time After Time - Cyndi Lauper, Black - Pearl Jam, The Living Years - Mike & The Mechanics, Alone in Kyoto - Air, Silent All These Years - Tori Amos i wiele, wiele innych.

    OdpowiedzUsuń
  2. To miała być lista utworów, które kiedyś wywarły na mnie duże wrażenie, ale się zorientowałem, że wychodzą same o przemijaniu :)

    Dlatego trochę zmieniłem koncepcję i opis, ale "wielkie klasyki" pozostały. Z tego co napisałeś znam wszystko i kiedyś sporządzę zupełnie inny zestaw ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. dziękuję, Patryku, za przypomnienie niektórych.

    cicho

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może z czasem jeszcze jakieś przypomnę albo podsunę ;)

      Usuń
  4. Genialne zestawienie, tym bardziej że mamy tutaj klasykę a nie muzykę z radia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Muzykę radiową już sobie dawno odpuściłem (choć Trójka i Czwórka dają czasem coś dobrego). Wolę jednak sam szukać muzyki ;)

      Usuń
  5. Ciekawe zestawienie, choć nie na dziś dla mnie, dziś potrzebuję kopa, ale linka do tego wpisu sobie zapiszę na zaś :3 Przyda się.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardziej energetyczne rzeczy też będą ;)

      Usuń

Dziękuje za odwiedziny i komentarze