22 lis 2015

Trzy wiersze Pawła Lekszyckiego

H2O św.

W Krakowie południe. Plaster słońca na wieży świątyni
skwierczy jak przypiekane prosię. Złote pręgierze
gorącego powietrza impregnują wczorajsze kałuże
w tłuste plamy na ulicach miasta.

Jest parno. Resztki kebaba z chili rozłażą się
w palcach. Zatapiam się w chłód portali
Bazyliki św. Trójcy. Po stronie zachodniej
ciekawa polichromia Jezusa ukrzyżowanego.

Usta mam spieczone. W kącikach warg
pikantne ślady po chili. Chór rozbrzmiewa
psalmem. Zanurzam język we wklęsłość kropielnicy.
Woda święcona ma smak sprite`a z pobliskiej kawiarni.




III. Niedziela. Sezon odstrzału zakochanych


Światło pękło w żaluzjach i plastry
cienia kładą się na siatkówkach.
Radio rzęzi na półce, a ja nie mówię
o niczym. Nie władam żadnym językiem.

Bo znowu przyszło najgorsze. Brudny świt
złapał za kurtkę i stało się jasne, że źle trafi łem.
Zatem mogę już tylko ślizgać się cicho
jak winda po zimnych poręczach?

A chciałbym tylko przedrzeć się, uciec
do rezerwatów. Błagać drzewa o azyl oraz
uniknąć pory odstrzału. I sączyć koktajl powietrza,

kłęby dymu puszczać przez usta, a kiedy słońce
dopali się za kościołem, na ławce w parku
przyjąć z rąk Anki opłatek crunchipsa.

Sielanka

Jeszcze jeden taki dzień, a skóra ziemi
popęka z zachwytu! Zraszamy więc ogród,
siejąc ziarno wody z wielkich konew,
które tu mamy na takie okazje. Później

rozpalamy ogień na grillu, by wreszcie
rozłożyć kupiony w Ikei komplet wypoczynkowy.
I to nie byle jaki! Drewniany, nie plastykowy,
o lekko chropawym, bladym naskórku,

który wystarczy tylko pociągnąć pędzlem
nasączonym brązowym pigmentem bejcy.
Kobiety rozkładają parasol, którego kapelusz
uszyły z wielobarwnego płótna

o kolorach tak intensywnych, że posadzona
w zeszłym roku magnolia cała bieleje ze złości.
Słupek słońca w zachwycie chyli się ku zachodowi,
bo widok przechodzi wszelkie granice i połączone

zapachy kawy i ciasta plotkują z kwiatami czereśni.
Na miękkiej kołdrze trawy lądują motyle,
nad czerwonymi lotniskowcami waigeli
ociężale kołują futrzaste bąki, zapracowane pszczoły

poprawiają zalotnie żółto-czarne fartuszki,
mizdrząc się do jaśminowca albo forsycji,
orszak mrówek oddaje hołd swej królowej i matce,
a gruby kot wygrzewa się na tarasie.

I tylko pies, podkuliwszy puszysty ogon,
warczy u furtki ogrodu, przegryza w zębach
gumowy zezwłok ogrodowego węża.
Za żywopłotem hałaśliwie wracają ze szkoły

dzieci.



Paweł Lekszycki, Wiersze przebrane, Biblioteka Kwartalnika Kulturalnego „OPCJE”, Katowice 2010 r.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuje za odwiedziny i komentarze